Trudno uwierzyć, że ta historia się wydarzyła. Jeszcze trudniej, że wydarzyła się tuż za granicami stolicy. W podwarszawskiej wsi Krawcowizna kobieta od trzech lat mieszka w oborze ze zwierzętami. Na taki los skazał ją mąż: wyrzucił z domu, za to, że oddała do sądu sprawę kolejnego pobicia. O wszystkim dobrze wiedzieli sąsiedzi małżeństwa.
Mała, obskurna obora, w rogu jedzenie dla świń, słoma i stos kartonów: tak wygląda mieszkanie Elżbiety Rozbickiej. Tuż obok niej mieszkają zwierzęta. Kobieta jest zrozpaczona. - Co ja mogę zrobić - płacze.
Jej łazienką jest stara wanna wystawiona na podwórzu, skrawek mydła musi wystarczyć na kilka tygodni. Jedzenia też nie ma za wiele. - Dzisiaj jadłam tylko chleb z herbatą - mówi.
W takich warunkach kobieta żyje już od ponad trzech lat. To właśnie wtedy z domu wyrzucił ją mąż. - To dlatego, że sprawę założyłam, gdy chciał mnie uderzyć. Teraz mnie nie wpuszcza - tłumaczy.
Żyją jak zwierzęta
W domu jednak wcale nie jest lepiej. Warunki w jakich żyje mąż kobiety i jej syn są przerażające. Wszędzie jest słoma, porozrzucane resztki jedzenia i nieprawdopodobny brud. To co jednak szokuje najbardziej, to leżące w pokoju od kilku tygodni zdechłe pisklęta.
Elżbietę Rozbicką utrzymuje jej 23-letni syn. A pieniędzy nie jest za wiele, bo 400-złotowa renta musi wystarczyć na dwie osoby. I choć syn chce matce pomagać to ojciec skutecznie tę pomoc blokuje.
"Tak jest jej wygodniej"
Tragedię kobiety przypadkowo odkryła warszawska straż dla zwierząt, kiedy na wniosek weterynarza pojechała sprawdzić w jakim stanie są zwierzęta w gospodarstwie.
- Dla mnie to wielki szok, kiedy byłem tu pierwszy raz. Ludzie pierwotni żyli w lepszych warunkach - opowiada wstrząśnięty Mateusz Janda ze straży dla zwierząt.
Stanisław Rosa tragedią żony zupełnie się nie przejmuje. Twierdzi, że kobieta mieszka w oborze bo... tak jest jej wygodniej. - Teraz przynajmniej mam spokój - mówi.
Gmina o wszystkim wiedziała
W całej sprawie przeraża fakt, że o wszystkim wiedziała gmina, jednak wójt stwierdził, że problemu nie ma. - Ona ma dochody finansowe, więc się nie kwalifikuje do pomocy - tłumaczy się Kazimierz Łapka, wójt gminy Strachówka.
Gdy reporterka TVN Warszawa powiedziała mu jak na prawdę wygląda życie pani Elżbiety, był kompletnie zaskoczony. Zszokowany wójt odesłał nas do ośrodka pomocy społecznej. Tam o sprawie wiedziano już od kilkunastu miesięcy, ale dopiero po naszej interwencji obiecano pomoc.
- Zaproponujemy pani Rozbickiej, żeby opuściła pana Rosa. Pomożemy jej - zapewnia Elżbieta Orzechowska z Ośrodka Pomocy Społecznej w Strachówku.
Gdyby jednak wśród sąsiadów kobiety i urzędników gminy nie panowała nieprawdopodobna znieczulica na ludzkie cierpienie, to może Elżbieta Rozbicka nie musiałaby trzech lat spędzić w małej oborze w towarzystwie świń, krów i koni.
Małgorzata Walczak
mwap